


Przędzenie to sztuka, która towarzyszy człowiekowi od zarania cywilizacji. Zanim pojawiły się fabryki i maszyny, każda nitka, z której wytwarzano np. ubrania czy sieci, powstawała ręcznie. Najpierw używano do tego celu wyłącznie palców, później patyczków, aż w końcu pojawiło się wrzeciono, które umożliwiło skręcanie włókien w cienką, równą nić. Dzięki wrzecionu bardzo szybko rozwinęło się tkactwo oraz inne techniki włókiennicze. Dziś powrót do tej pierwotnej czynności pozwala nie tylko zrozumieć dawny świat, ale też odnaleźć spokój i rytm ukryty w ruchu dłoni oraz tańcu włókna.
Moje pierwsze przędzenie odbywało się właśnie na wrzecionie, a dokładnie na wrzecionie upuszczanym (ang. drop spindle). I choć niedługo później w mojej pracowni zagościł elektryczny kołowrotek, to wrzeciono nadal zajmuje ważne miejsce w moim sercu. Lubię jego prostotę i klasyczność. Przędzenie na nim jest wolniejsze, spokojniejsze, nie wymaga energii elektrycznej i świetnie sprawdza się przy przędzach eksperymentalnych, które zazwyczaj lubią, gdy traktuje się je delikatniej.



Przędze z tej serii zostały wykonane w całości z wełny z odzysku, np. wyprutej lub odciętej z moich różnych projektów tkackich. Wełna po takich przejściach nie jest idealnym materiałem dla prządki, ponieważ może być częściowo sfilcowana, a odcięte fragmenty mają krótsze włókna, co utrudnia przędzenie. Mimo wszystko udało mi się uprząść z tych skrawków kilka barwnych motków.
Niektóre kolory zostały ze sobą wymieszane za pomocą ręcznych grępli i uformowane w chmurki (ang. rolags), inne przędłam z osobnych wstęg wełny i łączyłam kolory dopiero podczas dwojenia lub trojenia przędzy. Jednym z moich ulubionych motków jest ten w pastelowych kolorach lodów neapolitańskich, choć przędze w mocno energetycznych, kontrastowych barwach również bardzo lubię.
Zdjęcia: Marta Szloser
Chcesz nauczyć się podstaw przędzenia wełny na wrzecionie? Odwiedź naszą zakładkę z Warsztatami.
